Świat komisarza Jakuba Białego właśnie się wali. Zadźgana kuchennym nożem Joanna Śniegocka to jego kochanka, z którą dopiero się rozstał. Ktoś zabił ją w jej mieszkaniu.
Biały zawsze starał się stosować do litery prawa i policyjnych regulaminów. Teraz stawia wszystko na jedną kartę. Romans był dobrze skrywaną tajemnicą i nadal nią pozostanie. Komisarz milczy, aby pozostać przy śledztwie i ścigać mordercę.
Trwa upalne lato nad Zatoką Gdańską. Plaże pachną solą i olejkiem do opalania. Jednak tętniące życiem miasto ma ciemną stronę: zmasakrowana prostytutka, podejrzany salon masażu, zwyczajni z pozoru ludzie, skrywający sadystyczne pragnienia.
Kiedyś przyjdzie jeszcze czas, aby wrócić do normalnego życia, do żony i dziecka, ale ten czas z każdym upływającym dniem wydaje się bardziej odległy. Milczenie o romansie to zaledwie początek. Napędzany obsesją ukarania mordercy Biały zaczyna wchodzić w świat ludzi bez sumienia, z którego może nie znaleźć drogi z powrotem.

![]()
Nietykalna – fragment
To był ich pierwszy dzień na Mazurach. Siedzieli pod parasolami w kawiarni niedaleko zejścia do jeziora, z nieba lał się żar, pili chłodne piwo i humory mieli świetne. Robert obserwował przechodzących deptakiem ludzi i uparł się, że Marta powinna zrobić sobie tatuaż. Sam nie miał żadnego, ale dla niej wymyślił małą różę nad kostką prawej nogi. – Dlaczego prawa noga? – spytała, oglądając odsłoniętą stopę. Uważała, że nogi ma ładne i nie potrzebuje ich dodatkowo upiększać. – Może być i lewa – odparł, bo lubił się z nią zgadzać. – To nie dla mnie. – Wiele kobiet robi sobie teraz tatuaże. – Dla mnie nawet przekłucie uszu było przełomową decyzją i zrobiłam to dopiero w ogólniaku. Obdarzył ją spojrzeniem pełnym ciekawości. Oboje studiowali w Poznaniu. On prawo, ona lingwistykę, ale pojawił się kiedyś jako wolny słuchacz na zajęciach z kognitywistyki i od tej pory zaczęli się spotykać. Byli ze sobą siedem miesięcy i w gruncie rzeczy niewiele o sobie wiedzieli. – Mój ojciec jest konserwatywny – wyjaśniła. Niedaleko spacerowała kobieta z dwoma małymi chłopcami. Miała wytatuowane ramiona i łydki. Twarz nosiła ślady operacji plastycznych. Podeszła do pobliskiej fontanny, a maluchy wyciągnęły ręce, aby uchwycić kropelki wody. – Jedyne, na co pozwala sobie moja matka – dodała – to henna i farbowanie włosów. Jej matka przeżyła z ojcem dwadzieścia jeden lat. Udało im się to mimo ciężkiego charakteru ojca, jego pracy i częstych nieobecności. Udało im się to mimo samotności matki. Tę samotność Marta dostrzegła dopiero niedawno. Od dwóch lat, odkąd zaczęła studiować w innym mieście, a do domu przyjeżdżała jedynie na niektóre weekendy, ferie i wakacje, nauczyła się zwracać uwagę na rzeczy, które kiedyś jej umykały. Tak, jej matka była samotna. Zastanowiła się, czy chciałaby żyć w takim związku jak ona. Może. Chyba tak. Jej rodzice wciąż się kochali, bardzo pragnęła w to wierzyć, a nie można mieć w życiu wszystkiego. – Opowiesz mi, jak przekłułaś uszy? – poprosił Robert. – Tygodniami biłam się z myślami, wybierałam studio. A gdy tam przyszłam i usiadłam przerażona wizją malutkiej dziurki w uchu, otoczyły mnie dziewczyny przekłuwające sobie nosy, usta, sutki i wargi sromowe. Poczułam się jak boże jagniątko, taka niewinna i czysta. Robert dotknął kolczyków w jej uszach. Miały formę drobnych łez, Marta dostała je od niego na urodziny. – Ale przekłucie uszu to coś innego niż tatuaż – rzekła. – Nie chcę go. Mówiąc to, uświadomiła sobie, że kłamie. Kłamie Robertowi, ale przede wszystkim samej sobie. Pomysł niewielkiego, delikatnego tatuażu całkiem jej się podobał i rozważała go dużo wcześniej. Zawsze go jednak odrzucała. Była już dorosła, ale wciąż bała się reakcji ojca. – W takim razie róża nad kostką przechodzi do historii – stwierdził Robert. To w nim kochała: że bezmyślnie nie upierał się przy swoim. I poczuła żal za tatuażem, którego sobie nie zrobi. – Może to i dobrze. – Ruchem głowy skierował jej uwagę na tę wytatuowaną kobietę z dziećmi, która zawróciła sprzed fontanny i cała trójka ponownie przedefilowała przed ich stolikiem. Marta widziała teraz kobietę z innej strony. Jej cała prawa ręka była w tatuażach. – Przynajmniej nie ma niebezpieczeństwa, że przesadzisz jak ta pani. Marta znieruchomiała, bo do kobiety podszedł mężczyzna. W ustach miał wykałaczkę, którą niedbale przygryzał. Był od niej starszy, ale silnie zbudowany, nosił jasną koszulkę i miał krótkie, wciąż czarne włosy. Powiedział coś do maluchów, trzymając je za ręce, a one pokiwały głowami, ochoczo powtarzając: – Tak, tato. – Marta? – Robert nachylił się do niej. – Coś się stało? Odepchnęła go, żeby nie zasłaniał jej tych ludzi. – Powiedzcie mamie, co ustaliliśmy – odezwał się mężczyzna, wypluwając wykałaczkę na deptak. – Będziemy się kąpać w jeziorze i będziemy ostrożni… – zaczęli mówić jeden przez drugiego. Bo ostrożność to nasza dewiza nad wodą, dokończyła w myślach Marta. – …bo ostrożność to nasza dewiza nad wodą – wyrecytowali chłopcy. Marta nie mogła oderwać od mężczyzny wzroku. Ale te dzieci mówiły do niego „tato”, a on nazywał tę kobietę ich mamą. W pierwszej chwili chciała wstać i go zawołać. W drugiej ogarnęła ją panika. Nagle zapragnęła się ukryć, żeby przypadkiem jej nie zauważył. Żeby nie musiała z nim rozmawiać. Tymczasem on się odwrócił i ruszył z chłopcami w dół deptaka. Wytatuowana kobieta została jeszcze chwilę, po czym także odeszła. Marta nie wiedziała, jak się zachować. Znowu zapragnęła go zawołać, biec za nimi, zmusić go, by jej to wszystko wyjaśnił, jednak nie ruszyła się z miejsca. Tłum zasłonił tamtych ludzi przed wzrokiem Marty. Nagle cała ta sytuacja wydała jej się nierealna. Inna kobieta. Inne dzieci. Pomyślała, że musiała się pomylić, i przez krótką chwilę czuła się uspokojona. 1 Lipcowe noce zaczynały się późno, ale dawno zapadł już zmrok, gdy komisarz Jakub Biały odebrał telefon. Jego nieoznakowany radiowóz stał na światłach na skrzyżowaniu Kartuskiej z Łostowicką, a on szukał dla siebie usprawiedliwienia, aby wjechać w Jaśkową Dolinę, która była mu nie po drodze. Mieszkała tam Joanna i z ulicy dało się spojrzeć w okna jej mieszkania. Rozstali się dwa dni temu. Tym razem miało to być ostateczne pożegnanie. A mimo to, jakkolwiek głupie to było, Biały był ciekawy, czy już śpi, czy też w jej oknach palić się będą światła. Bywało, że gdy przejeżdżał nocą w pobliżu jej apartamentowca, w oddali widział jej sylwetkę na tle rozświetlonego pokoju. W pierwszej chwili pomyślał, że to ona dzwoniła, że będzie to jeszcze jedno z tych rozstań, które uświadamiały im, że nie mogą bez siebie żyć i że wszelkie próby zakończenia związku skazane są na porażkę. Ale to nie była Joanna. Dzwoniła Blanka Brylska, ale nie ze swojego aparatu. Na ekranie smartfona widniał ten drugi numer. Telefonu, który jej podarował. – To dziś, przywieźli mnie już na miejsce – powiedziała. Biały mocniej ścisnął aparat w dłoni. – Miałaś dać znać, jak tylko się dowiesz. – Od razu zabrali mi mój prywatny telefon. Przez cały czas nie spuszczali mnie z oka. Wieźli mnie jakieś dwadzieścia minut z zasłoniętym oczami, nie mam pojęcia, gdzie jestem. To jakaś rudera, cuchnie stęchlizną. Dopiero teraz zostawili mnie samą, ale w tym pokoju okna wychodzą na starą stodołę czy coś. Światła zmieniły się na zielone i Biały ruszył. – Klient już jest? – Jeszcze nie, czekają na niego. Siedziałam z uchem przy drzwiach i słyszałam, jak Kokos nazwał go „popierdoleńcem z urzędu” i że idzie przygotować sprzęt. Boję się. Powiedziałeś, że nie będę musiała tego robić. Że od razu wejdziecie. Do diabła, jak miał dotrzymać słowa, skoro Blanka dopiero teraz do niego dzwoni. – Słuchaj, rozłączę się i cię namierzę. Jeśli będą chcieli zacząć, zanim tam dotrzemy, powiedz, że się wycofujesz. – Za późno. – W jej głosie był strach. – Wzięłam pieniądze, nie pozwolą mi się wycofać. Biały przyśpieszył. Wjechał w ulicę Rakoczego, po prawej płonęły neony Galerii Morena. – Kokos cię przywiózł? – spytał. – Tak. Jest także Gaman. – Widziałaś Okulskiego? – Nie. – Nic ci nie grozi. Dziewczyny dyscyplinuje Okulski. Minął McDonalda i już wjeżdżał w Jaśkową Dolinę. Uświadomił sobie, że właśnie namawiał kobietę do prostytucji. Jeszcze przyśpieszył, a na rondzie zjechał w dół. Nagle dostał dobry powód, aby właśnie tędy pojechać. – Powiedz to Lidce – rzekła Brylska. Nie przekonał jej. Słyszał, że jej strach tylko się pogłębia. Skręcił i po chwili mijał już apartamentowiec, w którym mieszkał Okulski. Blok był elegancki i luksusowy, ale miał jedną wadę: Okulski i jego żona mieli tam tylko jedno podziemne miejsce parkingowe, na którym najczęściej parkowała ona. – Spokojnie – powiedział do aparatu. – Jestem pod blokiem Okulskiego. Stoi tu jego samochód. Okulski musi być u siebie w mieszkaniu. Graj na czas, w razie potrzeby postaw się i czekaj na nas. Zatrzymał się i patrzył w okna Okulskich. Miał stąd widok na kuchenne i balkonowe. Rolety jak zwykle nie były zaciągnięte, ale nie zobaczył ani Okulskiego, ani jego żony. – Nie chcę tego robić, rozumiesz? – powiedziała. – I co robisz o tej godzinie pod domem Okulskiego? – Rozłączam się – rzekł. – Będę tak szybko, jak się da. – Żałuję, że dałam ci się w to wrobić. To ona się rozłączyła. Biały odpalił w swoim smartfonie aplikację kontrolującą telefon, jaki dał Bryle. Jej aparat wysyłał sygnały gdzieś z okolic Straszyna. Nawigacja wskazywała, że w obecnych warunkach drogowych Biały potrzebował aż dwudziestu siedmiu minut, żeby tam dotrzeć. Wszystko przez remont węzła Gdańsk Południe, który łączył obwodnicę Trójmiasta z krajową Siódemką. Wybrał numer naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku, Olgi Kareckiej. Odebrała po trzecim sygnale, ale jej głos zdradzał, że wyrwał ją ze snu. Było dopiero wpół do jedenastej, a ona już się położyła? – Ta dziewczyna, o której ci mówiłem – rzekł. – Ta, nad którą ostatnio pracuję. Odezwała się. Wywieźli ją pod Gdańsk, czeka na klienta, to może być nasz człowiek. – Mówiłeś, że datę poznamy z wyprzedzeniem. Mówiłeś, że dostaniesz zeznanie na papier. – Wszystko się zesrało. Musimy się ruszać, prześlę ci adres. Zgodziła się wziąć to zlecenie, ale dałem jej gwarancję, że nie pozwolimy, by facet jej choćby dotknął. To sadysta. – Rozumiem – powiedziała Karecka. – Działam. Biały wysłał jej SMS-a ze współrzędnymi, ruszył spod apartamentowca i wyjechał z powrotem na Jaśkową Dolinę. Niepokoił się tym, że informację dostaje tak późno. Starał się uwierzyć w słowa, którymi próbował uspokoić Brylską, i uznał, że miały sens. Blance nic nie groziło. A jednak nie uśmierzyło to jego niepokoju. Był cholernie wymowny, kiedy roztaczał przed nią obietnice, ale prawda była taka, że dopiero zaczynał organizować akcję. Uderzył pięścią w kierownicę. Oddzwoniła naczelnik Karecka. Wysyłała mu wsparcie. – Ta dziewczyna nie jest funkcjonariuszem – rzekła Karecka, a kiedy zaczynała przypominać rzeczy oczywiste, znaczyło to, że jest zdenerwowana. – Ta dziewczyna to cywil. Nie możemy pozwolić, aby podczas naszej akcji cywilowi stała się krzywda. Wiesz o tym, prawda? Rozłączyła się, a Biały przycisnął pedał gazu. 2 Anna Gaman jeszcze przez chwilę wpatrywała się w ekran, na którym widziała, jak ta dziwka, Blanka Brylska, czy też Maja, jak ją nazywano, chowała pod łóżko telefon, z którego dzwoniła. Powinni byli ją przeszukać, ale kto mógł podejrzewać, że będzie miała drugi aparat. I że współpracuje z policją. Kamera w zegarku w pokoju Mai miała mikrofon i Gaman słyszała każde słowo. Nie przerwała rozmowy. Wytrzymała do samego końca. Nie chciała, aby policjant zorientował się, że jego wtyczka została odkryta. Sytuacja zrobiła się nieprzyjemna, ale tak było lepiej. W całym tym syfie, jaki się nagle wytworzył, dawało to Gaman większe możliwości. Blanka wyraziła zgodę na to, co jej proponowali. Dostała do ręki pieniądze, na które musiałaby pracować dupą przez miesiąc. Lojalnie uprzedzili ją o upodobaniach klienta. Gaman poczuła się oszukana, a gdy ktoś chciał ją wykiwać, ogarniał ją gniew. W takim stanie ducha potrafiła być bezwzględna. Sięgnęła po smartfon i najpierw zadzwoniła do klienta. Kazała mu zawracać i nie pokazywać się tutaj. Potem otworzyła szyfrowany komunikator internetowy i napisała wiadomość. Nie wiedziała, ile ma czasu. Musiała się śpieszyć. 3 Biały sunął obwodnicą w kierunku Straszyna. Martwił się. Brylska ryzykowała. On ryzykował. Karecka lojalnie nazwała to wszystko „naszą akcją”, ale Biały wiedział, że akcja była jego i jeśli coś pójdzie nie tak, to on będzie za to odpowiedzialny. Możliwe, że i Karecka dostanie rykoszetem, ale nie sądził. Do diabła z nim i Karecką. Brylska ryzykowała najwięcej. Wszystko zaczęło się w marcu tego roku, kiedy w lesie pod Stężycą na Kaszubach znaleziono zwłoki kobiety. Jak później oszacowali biegli, musiała tam leżeć od pierwszych mrozów i leżałaby dłużej, gdyby nie lisy, które po ustąpieniu zimy zaczęły rozkopywać płytki grób. Zwłoki odnalazł mieszkaniec Gołubia, który spacerował z psem po lesie. Choć przy zmarłej nie znaleziono dokumentów, opuszki palców były wciąż w na tyle dobrym stanie, że technikom kryminalistycznym z Kościerzyny udało się pobrać post mortem ślady jej linii papilarnych. Okazało się, że zmarła była zamieszkałą w Gdańsku prostytutką znaną z drobnych oszustw na szkodę klientów, a jej odciski znajdowały się w bazie AFiS. Nazywała się Lidia Gryficka i w chwili śmierci miała dwadzieścia dwa lata. Sekcja zwłok nie należała do najprostszych, ale mróz w dużym stopniu opóźnił ich rozkład. Na ciele i twarzy znaleziono liczne rany tłuczone tkanek miękkich i stwierdzono uszkodzone kości klatki piersiowej. Zidentyfikowano ślady po przypalaniu, w skórę brzucha kobieta miała wbitych kilkanaście agrafek, skórę szyi mocno otartą, miejscowo z cechami bruzdy wisielczej, a w zagłębieniach rany – ślady konopnego sznura. Prawdopodobnie zmarła została na tym sznurze podwieszona jeszcze za życia. Na brzuchu ujawniono ślady spermy. Udało się pobrać DNA. Za przyczynę śmierci uznano zatrzymanie akcji serca. Toksykologia wykazała obecność substancji psychoaktywnych. Narkotyki, w połączeniu z silnym stresem fizjologicznym wywołanym przez obrażenia ciała, mogły doprowadzić do zgonu. Nie wykluczono przestępnego i zamierzonego spowodowania śmierci, a przynajmniej umyślnego spowodowania obrażeń ciała, które mogły stać się przyczyną śmierci spowodowanej nieumyślnie. Prokurator Daniel Ruicki z Prokuratury Rejonowej w Gdańsku, do której trafiła z Kościerzyny ta sprawa, wybrał to, co mu pasowało, wpisał do papierów odpowiednie artykuły oraz paragrafy i rozpoczęto śledztwo, które powierzono KMP w Gdańsku, a konkretnie komisarzowi Jakubowi Białemu. Biały ustalił, że Gryficka pracowała jako masażystka w Salonie Masażu Bizancjum w dzielnicy Ujeścisko. Tam jednak nie widziano jej od miesięcy. Nie przyszła do pracy na początku grudnia zeszłego roku i od tamtej pory nie dała znaku życia. Była miłą dziewczyną, tak przynajmniej mówiono komisarzowi. Mieszkała z ponurym typem nadużywającym narkotyków. Po kilku tygodniach jej nieobecności facet uznał, że jego partnerka już nie wróci, więc sprzedał jej rzeczy i zaprosił do wspólnego mieszkania inną kobietę. Nie przyszło mu na myśl, żeby złożyć zawiadomienie o zaginięciu. Podobnie jak nikomu z tych wszystkich ludzi, którzy ją znali. Wielu deklarowało, że naprawdę ją lubili, ale gdy Gryficka zniknęła z ich życia, po prostu o niej zapomnieli. To właśnie ten fakt szczególnie uderzył Białego. Chyba z tego powodu komisarz pewnego wiosennego dnia, wracając z Bytowa, gdzie wysłano go w innej sprawie, zajechał do podstężyckiego lasu. Zapamiętał z tamtego dnia zimny wiatr, który przenikał do kości, gdy stał między drzewami w miejscu, gdzie ją odkopano. Biały w gruncie rzeczy nie miał tam nic do roboty. Teren uprzednio gruntownie przeczesano i nie liczył na to, by znaleźć tam coś nowego. A jednak zadał sobie trud, żeby się tam udać, i nie żałował. W pobliżu miejsca, gdzie odkopano dziewczynę, znalazł wykałaczkę. Nie miał pewności, czy miała związek ze sprawą, być może zostawił ją nawet któryś z uczestniczących w czynnościach policjantów, ale Biały i tak ją zabezpieczył. Na wykałaczce nie pozostały żadne ślady biologiczne zapewne dlatego, że długo leżała na powierzchni, gdzie zmarzlina ustąpiła najwcześniej. A jednak to właśnie wizyta w lesie sprawiła, że Biały zaangażował się mocniej. Poczuł, jakie to niesprawiedliwe, że ta dziewczyna została tam przywieziona i zakopana. Ten, kto to zrobił, musiał już walczyć z przymrozkami, ziemia była pewnie częściowo zmarznięta, dlatego nie zdołał wykopać głębokiego grobu i tylko dzięki temu ciało tak szybko znaleziono. Biały wykonał wszystkie czynności śledcze, jakie należało wykonać, niczego nie odpuścił, ale na próżno. Trzy miesiące później prokuratura umorzyła śledztwo ze względu na niewykrycie sprawcy, a Biały nie mógł nic na to poradzić. Błąkał się jeszcze wokół Bizancjum, tego salonu masażu, o którym każdy wiedział, że był słabo zakamuflowaną agencją towarzyską. Niepokoił związanych z nią ludzi, coraz mocniej ich irytując. Zaczął nawet mocno chodzić za współwłaścicielem agencji, Karolem Okulskim, bo facet miał zwyczaj międlenia wykałaczki w kąciku ust, niczym Marion Cobretti z filmu z Sylvestrem Stallone z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Tylko że wykałaczka w gębie to żaden dowód. Tak było do zeszłego tygodnia, kiedy już całkiem stracił nadzieję, że znajdzie punkt zaczepienia. Skontaktowała się z nim Blanka Brylska, inna pracownica Bizancjum. Nie chciała przychodzić na komendę. Spotkali się w małej kawiarni w Głównym Mieście. Z jakiegoś powodu zwrócił uwagę na to, że zamówiła wtedy tylko wodę mineralną. Miała włosy ścięte na pazia, duże ciemne oczy i wąskie usta. Była raczej chuda, może nawet za bardzo. Utkwiła w nim wzrok i przypatrywała mu się przez kilka długich minut. Biały jej nie ponaglał. Doświadczenie nauczyło go, że pośpiech nie sprawdzał się w takich wypadkach. Poza tym kawiarnia była przyjemna. Przez okna czyste jak morskie powietrze można było patrzeć na fasady kamienic i tłumy turystów z całego świata.