Komisarz Przemysław Duszny nie był złym człowiekiem, a Sopot nie był złym miastem. Nie ma takich ludzi i nie ma takich miejsc. To okoliczności wywołują demony, których nie da się potem zatrzymać. Dobrego glinę od złego dzielą czasem dwa strzały. Tamtego dnia Duszny przeżył, ale równocześnie utonął w poczuciu winy.
Julia Skalska od początku czuła, że powrót jest błędem. Nie po to przed lata starała się wymazać z pamięci tragedię, która odebrała jej rodziców, żeby teraz do tego wracać. Przecież to Vancouver było jej miejscem. I cały świat mógł się nim stać, jednak coś przyciągnęło ją z powrotem do Trójmiasta.
Zgłoszenie zaginięcia byłej modelki, Diany Drewskiej uruchamia ciąg zdarzeń. Duszny szybko odkrywa, że takich zaginięć jest więcej i że wszystkie łączą się ze znanym domem mody. Nie ma jednak pojęcia, jak daleko może sięgać zepsucie i jak chore fantazje mogą się rodzić w znużonych bogactwem umysłach.
Czy dlatego o ósmym grzechu mówi się tak mało, że jest najstraszniejszy?

![]()
Gdzie kupić?
Empik Bonito Tania Książka Świat Książki Nexto Ebookpoint
Ósmy grzech – fragment
Rozgrzane od upału płyty chodnikowe sprawiały wrażenie białych w słońcu. Julia Skalska czuła duszność od samego patrzenia, choć jej stolik stał w cieniu rzucanym przez wielki kawiarniany parasol i akurat tu dawało się oddychać. Takie wrześniowe gorączki nie zdarzały się często. Nie w Polsce. Nie w Sopocie. Dusiła się tu od tygodnia i wciąż nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, po co właściwie przyleciała. Nie odwiedziła nikogo ze znajomych. Unikała miejsc kiedyś dla niej ważnych – wszystkich, z wyjątkiem cmentarza. A skoro tak, to po co wróciła do miasta, do którego wracać nie było jej wolno? Mogła mieć dla siebie cały świat. Cały, z wyjątkiem Trójmiasta. Piła kawę w nadmorskiej kafejce, drżała na myśl, że ktoś ją przypadkiem rozpozna, i gotowa była przyznać się do porażki. Powrót był pomyłką. Miał coś w niej zmienić, nie zmienił nic. Nie czuła zaskoczenia. Żeby tak mogło się stać, musiałaby skonfrontować się z przeszłością, ujawnić swoją obecność, spojrzeć w oczy Wujkowi Lu. A skoro z całą pewnością akurat tego nie zrobi, pozostało jej tylko jedno: po raz kolejny zadać sobie to samo pytanie: co ja tu robię? I po raz kolejny zmierzyć się z brakiem odpowiedzi. Przy sąsiednim stoliku jakaś kobieta wyraziła głośne zdumienie. Nie była dużo starsza od Julii, mogła mieć dwadzieścia osiem lat, ale malowała się jak osoba znacznie dojrzalsza. I wydawała się o całe wieki szczęśliwsza, o ile takie coś jak szczęście dało się rozpoznać po brzmieniu głosu. – Jak to możliwe? – Kobieta nachyliła się do siedzącego obok mężczyzny. Głęboki dekolt odsłaniał jej nieskazitelny biust, a na opalonej skórze perlił się niczym złota kropla mały wisiorek. To na ten wisiorek lub na ten biust bez skrępowania gapił się mężczyzna. Kobieta zapytała pośpiesznie: – Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – W każdym człowieku tli się płomień samozniszczenia – odparł obojętnie. Julia nie chciała ich podsłuchiwać, ale rozmawiali głośno i przyznała mężczyźnie rację. We mnie też to jest, pomyślała. W Vancouver była bezpieczna, miała dwa apartamenty, perspektywy na pracę i zalążek szczęśliwego życia osobistego, który miał na imię Silas i patrzył w nią jak w obraz. W Sopocie czekały na nią jedynie mroczne wspomnienia i niewiadoma, co się stanie, jeśli o jej przyjeździe dowiedzą się ludzie, przez których musiała wyjechać. – Ma jeszcze jakąś szansę? – spytała ze smutkiem kobieta. Już nie była taka szczęśliwa. – Wkrótce straci ostatnią. Jej smutek udzielił się Julii. Ktoś coś tracił, tak jak ona. A kiedy traci się samą siebie, nie można przed tym uciec. Nie wystarczy wyjechać do Kanady i wydawać pieniądze Wujka Lu, nie wystarczy widok z okna na Granville Island. Nie wystarczą nawet otaczający cię ludzie bez trosk. Bo ciebie z nimi nie ma. Cały czas tkwisz w przeszłości jak owad zatopiony w bursztynie. Julia sięgnęła po kubek z kawą. Poczuła się zmęczona. Kobieta mocniej nachyliła się do mężczyzny. – Opowiedz mi o niej – powiedziała ciszej. – Po co? – Jestem ciekawa. – Miała dziewiętnaście lat, gdy ktoś nocą podpalił dom jej rodziców. Oboje zginęli. Julia zastygła z kubkiem przy ustach. Mężczyzna opowiadał jej historię. Niemożliwe, że jej. Komuś jeszcze przytrafiło się coś podobnego. – A dziewczyna? – spytała kobieta. – Też była wtedy w domu. Umarłaby, gdyby nie Wujek Lu, który wyniósł ją z ognia. Pozostały mu po tym paskudne pooparzeniowe blizny. Julia opanowała się. Pomyślała o tym, kim byli ci ludzie i jak to możliwe, że nie tylko rozmawiali o niej po ośmiu latach od tamtych wydarzeń, ale robili to właśnie tutaj, gdy siedziała obok. Żadne z nich ani razu na nią nie spojrzało, ale przyszła tu pierwsza, oni pojawili się chwilę po tym, gdy kelnerka podała jej kawę. Umysł Julii pracował na pełnych obrotach. Ten fakt uznała za znaczący. – Co dalej się z nią działo? – spytała kobieta. – Wujek Lu był przyjacielem jej ojca. Zaopiekował się dziewczyną, troszczył się, żeby miała wszystko. – Kochany Wujek Lu. – Wysłał ją na studia za granicę i tam ustawił. Z ważnych powodów zabronił kiedykolwiek wracać. – Gdzie ona teraz mieszka? – W Vancouver. Piękne miasto dla pięknej dziewczyny. Mogłoby takie być. – Dlaczego wróciła? Pytanie zawisło w powietrzu. Julia obserwowała ich kątem oka, pochłoniętych sobą, a już z pewnością niepatrzących na nią. – Nie wiem, ale to głupie z jej strony. Wujek Lu nie bez powodu wyprawił ją z Polski. Nie lekceważy się poleceń Wujka Lu. Julia z trudem się powstrzymała, żeby nie opuścić kawiarni. Wrócił do niej początek rozmowy tych ludzi. „Płomień samozniszczenia”, od tego zaczął mężczyzna. Wtedy też mówili o niej. – A ta szansa? – spytała kobieta. – Co dziewczyna może jeszcze zrobić? – Natychmiast wyjechać. Wrócić tam, skąd przyjechała. Uciekać. Uciekać. Uciekać. Julia odszukała wzrokiem kelnerkę. Gdy płaciła należność, para przy stoliku obok milczała. Kobieta usiadła wygodniej, wystawiając spod parasola twarz do słońca. Mężczyzna gapił się przed siebie. Julia sztywno wstała i weszła na rozpalony chodnik. W wielkich szybach kawiarni widziała odbicie tamtych ludzi. Nawet teraz żadne z nich nie spojrzało w jej stronę. Zdawali się całkowicie nieświadomi jej istnienia. Ale Julia miała poczucie, że patrzy na nią tysiące oczu. A każde z nich należy do Wujka Lu. 2 Komisarz Przemysław Duszny skończył odczytywać treść zawiadomienia o przestępstwie i spojrzał na siedzącego po drugiej stronie stołu mężczyznę. – Zgadza się? – spytał. Mężczyzna przytaknął. Nazywał się Rajmund Ramski, miał kłopoty i usiłował sobie z nimi poradzić, przychodząc na komendę policji. Zdaniem Dusznego był to kiepski pomysł. – Proszę podpisać. – Podał Ramskiemu długopis. – Widzi pan – powiedział powoli Ramski – nigdy bym do nich nie poszedł, gdyby nie choroba dzieciaka. Ale nie miałem wyboru. Gdy coś takiego się dzieje, człowiek traci rozsądek. Chce wydostać pieniądze choćby i z piekła, aby tylko było na leczenie. – Tak – rzekł Duszny. – Banki nie chciały słyszeć o pożyczce, przyjaciele odwrócili się plecami. Zostało mi tylko to. – Już pan to mówił. – Naprawdę? – Ramski nachylił się nad biurkiem. Był nieogolony, w oczach miał ten rodzaj szaleństwa, który Duszny doskonale znał. Widywał go nie od dziś, bo nie od dziś służył w policji. – Dopiero później się dowiedziałem, że firma, z którą podpisałem umowę, należy do Ludwika Narczyńskiego. – Do Wujka Lu – podpowiedział Duszny. Ramski najwyraźniej wciąż się upewniał, że policja nie jest niekompetentna i zna choć trochę układy panujące w mieście. – To prawda, co o nim mówią? – Wujek Lu kocha tradycję. Łamie dłużnikom nogi, jeśli o to pan pyta. Ramski oblizał wargi. Długopis wciąż trzymał w dłoni, ale jeszcze się wahał. Każdy miał prawo się wahać, zanim zrobi coś tak głupiego, jak zawiadomienie policji, że egzekutorzy Wujka Lu domagają się spłaty długów. Duszny go nie popędzał. – Wyprawiłem żonę z dzieciakiem do matki. Boję się, że ci ludzie ich skrzywdzą. Boję się wielu rzeczy. – Ma pan powody. – Ale zajmiecie się tym? – Wskazał leżące na stole papiery. – Od tego jesteśmy. – Bo oni… – Egzekwowanie spłaty zobowiązań przemocą jest przestępstwem. To go uspokoiło. Podpisał zawiadomienie. Ludzie, którzy wpadli w spiralę długów, odmierzają czas inaczej niż reszta świata. Za kolejną godzinę prolongaty popełnią każde głupstwo, które w gruncie rzeczy postawi ich w jeszcze gorszej sytuacji, ale ta godzina jest dla nich wszystkim. Wypełnia w ich umyśle całą wolną przestrzeń, nie zostawiając miejsca na nic więcej. A potem godzina mija i gotowi są oddać duszę za następną. Ramski właśnie to robił. Odsuwał jedne problemy, brnąc w inne. Było gorąco. Kończyło się kolejne upalne popołudnie odchodzącego lata. Za oknami drzewa dźwigały liście spalone od słońca, pachniało idącym od morza wiatrem, ale tutaj, na komendzie w Sopocie, w tym pokoju, cuchnęło długami. Długi mają swój charakterystyczny odór. Komisarz go nienawidził. – Może pan wracać do domu – powiedział. – Do domu – powtórzył Ramski. Na jego twarzy odmalowało się przerażenie, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że nadszedł moment, kiedy trzeba opuścić budynek, który stał się dla niego schronieniem. – Co teraz będzie? – spytał cicho. – Wezwiemy ludzi, których pan podał w zawiadomieniu. – Duszny wyrównał kartki na biurku. – Przesłuchamy ich. – Tylko tyle? – Od tego zaczniemy. – Co będzie ze mną? Tak, to było pytanie, które domagało się odpowiedzi, ale zostało zadane zbyt późno. Ramski powinien zadać je sobie wcześniej. Dużo wcześniej. Zanim tu przyszedł albo jeszcze wcześniej. Zanim pożyczył pierwsze pieniądze. Duszny miał dla Ramskiego kilka pomysłów. Ale miał również zasadę, że dobrych pomysłów nie oddawał za darmo. Zresztą złych też nie. – Odwiozę pana do domu. Wiedział, że Ramski dwa miesiące wcześniej musiał sprzedać samochód. Na twarzy nieogolonego mężczyzny pojawił się wyraz ulgi. Oto zyskiwał jeszcze jedną godzinę. 3 Gdy wsiedli do zaparkowanego przed komendą radiowozu bez oznaczeń, Ramski z niedowierzaniem zaczął rozglądać się po wnętrzu BMW 330i. Na polecenie Dusznego zapiął pas i uczynił to niemal z nabożeństwem. – Jeździcie teraz takimi maszynami? – Świat się zmienia. Zaszumiała klimatyzacja, a samochód wyrwał przed siebie. Ramski milczał, gdy jechali na Kraszewskiego, gdzie mieszkał. Zatrzymali się przed wysokim blokiem z początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Blok był wielokrotnie przemalowywany, a obecnie przystrojono go w kolory bordo i brudną żółć. Duszny wyłączył silnik samochodu. – Zaprosi mnie pan? – spytał. – Napiłbym się wody. Ramski popatrzył podejrzliwie, ale skinął głową. W dwupokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze udał się do kuchni, a Duszny poczekał w pokoju gościnnym. Urządzony był dokładnie tak, jak można się było spodziewać: stare meble, naddarta firanka przy oknie balkonowym, żadnych sprzętów, które miały jakąkolwiek wartość i można by je wynieść. Na regale stał kamionkowy wazon ze zwiędłymi kwiatami. W rogu pomieszczenia utknął wyblakły plastikowy wóz strażacki. Miał tylko trzy koła. Wrócił gospodarz. Przyniósł dwie szklanki i plastikowy dzbanek. – Woda tylko z kranu – powiedział. – Nie mam mineralnej. – Ponuro tu u pana. – Z żoną i małym jest inaczej. Duszny wątpił w te słowa. Napił się i odstawił szklankę na stół przykryty czymś, co lata temu mogło być obrusem. – Widzi pan – mruknął komisarz – choroba dziecka to coś, co może poruszyć nawet najtwardsze serca. Choćby serca zbójów Wujka Lu. Ramski popatrzył na Dusznego z nadzieją. – Myśli pan? – powiedział cicho. – Tak myślę. – Daliby mi… czas? – Jest taka możliwość. Mógłbym pogadać z Lu w pana sprawie. W oczach Ramskiego znowu pojawiła się podejrzliwość. Oblizał wargi. Szklanka w jego dłoni zadrżała. – Szanujemy się wzajemnie – powiedział Duszny. – Ja działam zgodnie z prawem i nie próbuję mu przypiąć rzeczy, z którymi nie ma nic wspólnego. On to docenia. – Zrobi pan to dla mnie? – Ale od czego zacznę? Powiem, że złożył pan zawiadomienie na komendzie? Wisi mu pan pieniądze, donosi na niego policji… Trudny początek rozmów. – Chodzi o chore dziecko. – Tak. – Duszny podszedł do okna i popatrzył na ulicę przed blokiem. – Kłopot w tym, że oni wiedzą, że z tym chorym dzieckiem to skomplikowana sprawa. Nie wysłał pan żony do matki, sama uciekła, bo jest pan hazardzistą i ćpunem, tłukł pan ją oraz dzieciaka. Biciem zmusił ją pan, by dała panu pełnomocnictwo do sprzedaży waszego wspólnego mieszkania. Tego mieszkania. To dodatkowo utrudnia sprawę, bo Wujek Lu jest rodzinnym człowiekiem i boli go, gdy ktoś tak traktuje najbliższych. – Dzieciak jest ciężko chory… – zaczął Ramski. Przerwał, bo Duszny odwrócił się do niego i uniósł ostrzegawczo dłoń: – Ma lekką anemię, ale pan go nie leczy. Wujek Lu wie także, że zadłużył się pan nie tylko u niego, choć uważa, że spłata właśnie jemu to powinien być dla pana priorytet. A kto wie, czy kiedy dostanie pan pieniądze do ręki, nie wpadnie pan w jeden z tych swoich ciągów i nie wytraci pan wszystkiego w kasynie. Wujek Lu uważa, że należy pana zdyscyplinować. Ramski przyłożył dłonie do twarzy i zaczął szorować nimi po skórze, jakby chciał ją zedrzeć. – Skąd pan wie, że sprzedaję mieszkanie? – spytał jeszcze ciszej. – Ziemia w tym mieście krzyczy, gdy ktoś nie oddaje długu. To, że wiem, to dla pana szansa. Niech pan tu podejdzie. – Po co? – Chodź pan tu. – Ramski się nie poruszył, patrzył na Dusznego z obawą. Komisarz znowu odwrócił się do okna. – Chcę panu coś pokazać. W końcu zbliżył się i stanął obok Dusznego. – Tam, w dole, na podwórku… – Duszny poruszył brodą. – Widzi pan? – Jacyś ludzie. – Nie poznaje ich pan? Ramski pokręcił głową. – To ludzie Wujka Lu – rzekł Duszny. – Chyba czekają, aż wyjdę. Ramski zrobił się blady. – Czego od pana chcą? – Zaczyna się pan robić dowcipny. – I co ja mam teraz zrobić? – Zapłacić im. – Nie mam czym. Duszny usiadł przy stole i nalał sobie więcej wody z dzbanka. Ramski wciąż gapił się w dół jak zahipnotyzowany. Ludzie czekający przed blokiem nie byli od Wujka Lu, ale on tego nie wiedział, co nie miało specjalnego znaczenia, choć ułatwiało sprawę. Ramski nagle się cofnął. – Pomachali mi – szepnął. – Ma pan już umowę przedwstępną – rzekł Duszny. – Dostał pan dziesięć procent zadatku w gotówce. Gdzie te pieniądze? – Skąd pan wie? Duszny w milczeniu powoli sączył wodę. – To nie wystarczy – powiedział Ramski. Usta miał zbielałe. – Dostałem na razie sześćdziesiąt tysięcy, to nawet nie jest połowa długu u Wujka Lu. Pół roku temu pożyczyłem siedemdziesiąt tysięcy, do spłaty mam dwieście pięćdziesiąt. Jak tak można? – Byłoby mniej, gdyby pan płacił w terminie. – Resztę dostanę za pięć dni, ale ci faceci od Lu nie chcą już czekać. – Daj pan to, co masz. Zejdę do nich, zapłacę i każę im czekać na resztę. – Oni nie chcą czekać – powtórzył z rozpaczą. – Poczekają. – A – Ramski niemal się dławił słowami – tamci drudzy? – Którzy? – Ci, co też jestem im winien. Ci od Kajetana. Duszny wzruszył ramionami. Ramski wcześniej nie wspomniał słowem o drugim wierzycielu, choć oczywiście komisarz o nim wiedział. – Najpierw zajmij się pan tymi, których pan masz pod domem. – Policja mnie nie ochroni? – Powiem panu, co pan zrobi. – Duszny rzucił na stół wizytówkę. – Tu jest numer do adwokata. Zadzwoni pan do niego, powoła się na mnie i powie, że to pilne. On natychmiast załatwi panu notariusza, a pan udzieli adwokatowi notarialnego pełnomocnictwa na zawarcie transakcji sprzedaży mieszkania w pana imieniu. – Ramski chciał coś powiedzieć, ale Duszny powstrzymał go gestem. – Natychmiast po załatwieniu formalności pójdzie pan do jakiegoś sklepu lub na stację benzynową i coś ukradnie. Da pan się złapać, ale w trakcie zatrzymania uderzy pan funkcjonariusza. Trafi pan na dołek i ja tam pana przytrzymam. – Po co? – Aż pieniądze ze sprzedaży trafią na pana konto, ja je stamtąd podejmę i spłacę pana wierzycieli. Niech pan mi da kartę do swojego konta w banku. – Kartę? – Niewyraźnie mówię? Gdy kasa za mieszkanie wpłynie, w pana imieniu spłacę Lu i Kajetana, a pozostałe pieniądze wyśle pan żonie na leczenie małego. Dopilnuję tego. Ramski gwałtownie się wyprostował. – Co ze mną? – Będzie pan czysty. Postaram się, żeby potraktowano pana ulgowo za kradzież na stacji i uderzenie policjanta. Trochę pan odsiedzi, ale takim jak pan dobrze to robi. – Nie zostanie mi nic. Duszny nieśpiesznie się zbliżył i poklepał Ramskiego po policzku. – Dawaj kasę. – Nie mam jej tutaj. Duszny uderzył go w twarz. – Dawaj albo ich ściągnę na górę. Ramski podszedł do kredensu i wyjął z wazonu zwiędłe kwiaty, potem usiłował włożyć rękę do środka, ale dłoń miał zbyt szeroką i był z tym problem. Duszny go odsunął, wziął wazon, upuścił na podłogę i kamionka się rozprysła. Podniósł z podłogi sześć spiętych banderolami plików, które schował do kieszeni marynarki. – Teraz karta – rzekł. Ramski podał mu kartę debetową z wizerunkiem pingwina. – PIN? Ramski podał mu PIN, a Duszny poświęcił chwilę, aby go zapamiętać. – Ustaw limit jednorazowej wypłaty na co najmniej dwadzieścia tysięcy. I limit dzienny na dwieście tysięcy. Ja wyjdę i pozbędę się tamtych spod bloku, a ty dzwoń do adwokata. Przed blokiem blisko śmietnika stało dwóch wysokich mężczyzn w czarnych koszulkach. Silnie zbudowani, o łysych łbach, zdawali się nie zwracać na Dusznego uwagi. Komisarz wyjął legitymację. – Dokumenty proszę. – O co chodzi? – odezwał się wyższy. Powieki fałdami opadały mu na oczy, przez co sprawiał wrażenie zaspanego. – Tu nie wolno stać. – A niby czemu? – Bo ja nie pozwalam. Wymienili spojrzenia, ten z opadającymi powiekami wykonał ledwo dostrzegalny ruch głową i obaj odeszli do mercedesa zaparkowanego pod znakiem zakazu postoju. Ruszyli z piskiem opon i po chwili już ich nie było. Duszny spojrzał w okno mieszkania na trzecim piętrze. Ramski tam stał, za firanką, ale przez porwaną siateczkę było go dobrze widać. Głupi fiut, pomyślał Duszny i ruszył do samochodu.